Takie mam szczęście, że zarabiając „na chleb”, trochę podróżuję, a czasami podróżując zarabiam. Rozmaitego kalibru są te eskapady: dalsze i bliższe, ale zawsze coś ciekawego mogę dostrzec. Tym razem dwa słowa o różnicach kulturowych przejawiających się w sposobie spożywania posiłków, a konkretnie śniadań.
Szwajcaria, okolice Genewy, miejscowość Coinsins, kilka dni temu. Nocowałam w lokalnej Oberge de la Reunion, czyli lokalnym pensjonacie. Żaden to wielki hotel, ale wygodnie, czysto – jak to w tym poukładanym do bólu kraju. Okolica piękna, blisko Jezioro Genewskie, a w oddali góry Jura. Mnóstwo szlaków pieszych i rowerowych.

O poranku, przed pracą – niewielkie śniadanie. Dość skromne, ale pięknie podane: białe obrusy, szklane miski, ładna zastawa stołowa, skromne acz gustowne talerzyki i filiżanki. Śniadanie kontynentalne: chrupiący rogalik, masło, dżem, konfitura, sok, jakieś ciasto. No i pyszna, mocna kawa z gorącym mlekiem, podana oczywiście w dzbanuszku. Miłe wnętrze, kawę przynosi grzeczny i uśmiechnięty właściciel tej oberży. Nie chciało mi się wychodzić do pracy, na szkolenie…

Niewątpliwie fakt, że to część francuskojęzyczna Szwajcarii, wpływa na sposób podawania i celebrowania posiłków. Petit dejouner z założenia jest niewielki. Bo w sumie nie chodzi o to, żeby się objadać, tylko coś przekąsić i miło rozpocząć dzień.

Dla kontrastu obrazki z USA, gdzie byłam z turystami wiosną, dwa razy. Dość długie objazdy, głównie po Kalifornii i Newadzie. Nocowaliśmy w hotelach i motelach średniej klasy, z których korzystają rozmaici podróżni, obiektach zlokalizowanych najczęściej przy głównych drogach. Nie luksusowych, ale dość wygodnych, zbudowanych i wyposażonych myślą o „samochodowcach”; auto parkuje pod oknem, w każdym pokoju lodówka, kuchenka mikrofalowa, ekspres do kawy. Wielkie łóżka, wygodne.

I w zasadzie nie można narzekać, tylko te śniadania…Przestrzenie śniadaniowe (bo nie zawsze są to oddzielne pomieszczenia) średnio ładne, gdzieś blisko recepcji. Stolików z reguły za mało dla grupy. Kawa tzw. regular, bez smaku, wodnista, do niej zimne mleko. Chleb tostowy, muffiny, trochę dżemu. Jogurt jest luksusem. Nieraz dodatkowo banany, po 1 sztuce na osobę. Papierowe kubki i talerzyki, plastikowe sztućce. Obrusy? Zastawa? A skąd.

Szczytem wszystkiego była Pani Manager jednego z obiektów, która pojawiła się w sali śniadaniowej. Skwaszona mina, narzekanie, jak to ona jest busy, a przede wszystkim: ubrana w piżamę.. Ja ją widziałam w tym stroju wcześniej, ale turystom naprawdę „opadły szczęki”..

Lubię to powiedzenie: There is a certain limit. Chyba jest pewna granica…Tak niewiele trzeba, żeby było ładniej, sympatyczniej. Na miły początek dnia.

Ewa Gugała